Jerzy Markiewicz nadal dyryguje i żegluje
Markiewicz mówi, że przygotowanie koncertu wymaga dobrej kondycji. Podczas prób dyrygent przez wiele godzin stoi, pracuje rękami i musi koncentrować się, a jako lider napędzać muzyków swoją energią. Dlatego regularnie ćwiczy na siłowni i dba o sprawność.
Na scenie pracuje od około 52 lat. Jakiś czas temu obchodził jubileusz 50-lecia pracy; przyznaje, że rzadko wraca do przeszłości i skupia się na tym, co dzieje się teraz. Od kilku lat nie ma etatu wyznaczającego rytm jego pracy i życia. – Wszystko, co teraz robię, muszę organizować od A do Z – mówi.
Muzyka interesowała go od dzieciństwa, choć w rodzinie nie było tradycji muzycznych. Dorastał w Szczecinie w latach 50. i 60. XX wieku, kiedy dostęp do instrumentów był trudny, więc sam zapisał się do szkoły muzycznej. Ze względu na swój wzrost, jak na wczesnego nastolatka, trafił do klasy kontrabasu, na który było niewielu chętnych.
Jego nauczycielem był profesor Smoleń, którego Markiewicz wspomina jako znakomitego muzyka, potrafiącego szybko opanować grę na różnych instrumentach. Ukończył szkołę muzyczną I stopnia i rozpoczął naukę na II stopniu. Dobre oceny w technikum dawały mu możliwość dostania się bez egzaminów na Politechnikę; w klasie były dwie osoby z taką szansą, ale tylko jedno miejsce. Nie starał się o nie, bo chciał studiować w Akademii Muzycznej w Poznaniu.
Ukończył wychowanie muzyczne, a równolegle rozpoczął studia na wydziale wokalnym. Był tenorem, a głos kształcił pod okiem profesora Romańskiego, pedagoga i byłego pierwszego tenora Opery Poznańskiej, wykonującego najtrudniejsze role. Markiewiczowi proponowano pracę w operze, ale nie chciał z niej skorzystać. Podkreśla, że poznana technika pracy nad głosem przydała mu się przez lata.
Zespoły prowadził już w czasie studiów, zakładając je w akademiku. Z czasem coraz bardziej interesowała go praca nad partyturą i muzyka od strony umysłowej. Jak mówi, dyrygent powinien mieć predyspozycje przywódcze i sam pokazać, że potrafi prowadzić innych.
Po studiach on i jego żona dostali propozycję pracy w Lubsku wraz z mieszkaniem. Żona uczyła tam w szkole, a Markiewicz prowadził ognisko muzyczne. Zaczął również pracować w Filharmonii Zielonogórskiej oraz w Wyższej Szkole Pedagogicznej, gdzie prowadził chór akademicki.
Na przełomie lat 70. i 80. małżeństwo przeprowadziło się do Zielonej Góry. Przez pewien czas Markiewicz był dyrektorem Amfiteatru. Z czasem, jak opowiada, więzi ze Szczecinem słabły, choć nadal często tam jeździ – mieszkają tam jego dwie siostry i znajdują się groby rodziców.
Dyrygent mówi, że Zielona Góra jest dla niego dobrym miejscem do życia: leży blisko gór i morza, a zarazem pozwala poczuć się anonimowo i jednocześnie «jak u siebie». Wspomina, że kiedyś znał właścicieli wszystkich miejskich lokali. Na starym cmentarzu w Zielonej Górze wykupił miejsce dla siebie i żony. Transakcję sfinalizował w grudniu i żartował, że to prezent pod choinkę.
Muzyka dawna towarzyszyła mu od początku studiów. Śpiewał w Zespole Madrygalistów Poznańskich, którym kierował jego późniejszy profesor dyrygentury Leszek Bajon. Wcześniej zetknął się z tym repertuarem w szkole muzycznej, ale początkowo skupiał się na swojej partii i instrumencie. W Poznaniu zaczął słyszeć brzmienie, harmonię i całość utworu, a także kształtować własne zdanie o tym, jak należy go wykonywać.
Rozwijanie tej specjalności nie było łatwe. Markiewicz wspomina, że w Polsce brakowało wówczas wiedzy o profesjonalnym wykonywaniu muzyki dawnej, kopii historycznych instrumentów, strun jelitowych i literatury pomagającej interpretować konkretne utwory. Nie miał kogo zapytać o właściwy sposób wykonania i uczył się, słuchając dostępnych nagrań, które – jak ocenia – nie zawsze nadawały się do prezentowania.
Później pojawili się w Polsce muzycy, którzy zdobyli wykształcenie w Niemczech na regularnych studiach muzyki dawnej. Wśród nich byli Teresa Kamińska i Marek Toporowski, którzy przyjeżdżali także do Zielonej Góry. Markiewicz z nimi współpracował i uczył się profesjonalnego podejścia do repertuaru. Przyznaje, że samodzielna nauka miała swoją cenę, bo czasem oznaczała odkrywanie rzeczy już znanych.
Od podstaw stworzył zespół Cantores Viridimontani, który obecnie działa pod nazwą Cappella Viridimontana. To profesjonalny zespół kameralny złożony z muzyków. Markiewicz nadal przygotowuje różne projekty, dobierając wykonawców z całej Polski. Za jeden z najważniejszych, także ze względu na rozmiar i czas realizacji, uważa projekt „Thesaurus Chori Saganensis”. Przywraca on do życia muzycznego XVIII-wieczne kompozycje ze zbioru dawnej biblioteki augustianów żagańskich.
Koncerty muzyki dawnej często odbywają się w świątyniach, ale Markiewicz podkreśla, że nie wynika to z jego katolicyzmu. Ten repertuar z założenia powstawał do wykonywania w kościołach, a próby przeniesienia go do świeckich sal nie przynosiły zadowalających efektów. Jego zdaniem miejsce i akustyka są kluczowe dla wykonania: w kościołach instrumenty zwykle brzmią lepiej niż w salach o suchej akustyce.
Ważne są dla niego także emocjonalne związki tekstu, muzyki i odbioru. Zadaniem dyrygenta jest przekazanie słuchaczom choć części emocji zapisanych w partyturze. Markiewicz nazywa to istotą muzyki i sztuki – „handlem emocjami”.
Markiewicz ocenia, że prowadzony przez niego Cantores należał do najlepszych chórów w Polsce. Zawiesił jego działalność po konflikcie z ówczesnym rektorem, który – jak zaznacza – nie dotyczył muzyki; nie chciał wracać do jego szczegółów. Po latach zespół reaktywowano w strukturach Uniwersytetu Zielonogórskiego, ale bez powrotu do dawnej świetności.
Pomysł na koncerty muzyki kameralnej według własnych zasad doprowadził go do kościoła przy Placu Bohaterów. Szukał miejsca, w którym mógłby realizować własne przedsięwzięcia; w kościołach katolickich trudność sprawiał gęsty rozkład mszy i związane z nim przygotowanie koncertów. Kościół przy Placu Bohaterów Markiewicz uznał za odpowiedni ze względu na proporcje, wysokość i akustykę. Wówczas zarządzał nim biskup Józef Pośpiech.
Markiewicz chciał organizować w grudniu Zielonogórski Festiwal Muzyczny. Usłyszał, że kościół jest ogrzewany, ale później okazało się, że chodzi o piecyki pod ławkami. Pełne ogrzewanie mogłoby zaszkodzić organom, dlatego termin festiwalu stopniowo przesuwano na wcześniejsze miesiące – z grudnia na październik.
Festiwal zakończył się po 13 edycjach, a następnie rozpoczęły się Wieczory u Luteranów. Początkowo, mimo wysokiego poziomu artystycznego, na koncerty przychodziło zaledwie kilkanaście osób. 3 października 2026 r. po bilety ustawiały się już długie kolejki. Markiewicz uważa, że aby cykl zyskał renomę porównywalną do Wratislavia Cantans, konieczne jest zapewnienie odpowiedniego budżetu.
Drugą wielką pasją dyrygenta jest żeglarstwo. Jako dziecko w Szczecinie obserwował żagle na Jeziorze Dąbskim, zapisał się do klubu, nauczył się żeglować i startował w regatach. Przez wiele lat pracy zawodowej nie miał na to czasu; wrócił do żeglowania po przejściu na emeryturę.
Jako chłopak pływał na małych jachtach mieczowych, a teraz ma dość duży jacht morski. Od lipca 2026 r. przepłynął ponad 400 mil morskich. Jego 29-stopowy jacht nadaje się do długiej, samotnej żeglugi, ale Markiewicz ocenia, że jego własne możliwości nie pozwalają mu wyruszyć w taki rejs. Wie, że może pływać wzdłuż i wszerz Zalewu Szczecińskiego oraz zapuszczać się na Bałtyk.
Źródło: Urząd Miasta Zielona Góra









